Przejdź do zawartości

Strona:Artur Conan Doyle-Groźny cień.djvu/218

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została uwierzytelniona.

i niezmordowanie parli naprzód i stamtąd szedł jeszcze głuchy huk działowy, nikł jednak prawie po poprzednim, nieprawdopodobnym zamęcie i zgiełku.
Wszystkie inne baterye francuskie milczały, z naszej zatem strony również zaprzestano ognia.
Dym jął opadać zwolna i wkrótce obie armie stały czoło w czoło.
Nasze pozycye przedstawiały widok istotnie straszliwy! Tam gdzie zrana barwiły się legie niemieckie, teraz zrzadka tylko kraśniały czerwone plamy mundurów, oblane morzem zieleni pagórków, gdy tymczasem olbrzymie cielsko wojsk francuskich zdawało się równie nietknięte i liczne, jak przedtem.
A jednak wiele tysięcy ludzi musiało zginąć w tej walce!
Z szeregów ich rozebrzmiał teraz szalony okrzyk tryumfu, a potem otworzono znów ogień działowy i w mgnieniu oka poszedł grzmot tak straszny, że poprzedni, choć potężny, nie mógł nawet się porównać. Upajali się blizkiem, ostatecznem, niezawodnem napozór, zwycięstwem.
Huk był dwa razy silniejszy, — baterye znajdowały się dwa razy bliżej...
Ustawione inaczej, dosięgały najruchliwszych nawet czworoboków, ziały śmiercionośnym ogniem, w przerwach między jedną a drugą snuły się niezliczone pułki kawaleryi, gotowe bronić w razie jakiegoś ataku, odważne i zdecydowane na wszystko.
I skoro piekielny ów hałas wżarł się w nasze