Przejdź do zawartości

Strona:Artur Conan Doyle-Groźny cień.djvu/216

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została uwierzytelniona.

z własną, nawpół strzaskaną szablą w kurczowo zaciśniętem ręku.






ROZDZIAŁ TRZYNASTY.

Koniec nawałnicy.

Wśród tylu dziwnych nieraz, postronnych zjawisk zachodzących w bitwie, w szeregu walk zaciekłych, następujących po sobie z zawrotną szybkościęą, — jak wtedy, najdziwniejszem chyba było oddziaływanie ich na towarzyszy.
Dla niektórych objawiała się codzienną niby strawą, — mijała bez wywołania zmian najmniejszych w twarzy, bez komentarzy, uwag, — rzekłbyś, że wiedzą kiedy padnie która kula.
Inni odmawiali modlitwy od pierwszych grzmotów armatnich, aż do końca bitwy, — coraz żarliwiej, goręcej, coraz beznadziejniej, — inni jeszcze klęli, a przekleństwa sypały się takim niestrudzonym i urozmaiconym gradem, że nieprzywykłemu włosy mogłyby stawać na głowie.
Z lewej naprzykład strony miałem towarzysza, — Mike Threadingham nazywał się, pamiętam, który nie ustawał w opowiadaniu o jakiejś ciotce swojej, Sarze, starej pannie, co ufundowała przytułek dla dzieci zaginionych marynarzy i obróciła na ten cel cały swój majątek, wszystkie pieniądze należące się „najświęciej“ siostrzeńcowi.