Strona:Artur Conan Doyle-Groźny cień.djvu/180

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    zderzały się z głośnym, metalicznym chrzęstem.
    Powietrze napełniło się krzykiem i donośnem dźwięczeniem łańcuchów.
    Z rowów przydrożnych podniosły się stłumione brzęki.
    Artylerzyści odpowiedzieli im niezrozumiałym krzykiem, potem przemknął koło nas szarawy obłok i przez chwilę pogrążył nas w ciemności.
    Teraz kompanie się zwarły i postępowaliśmy znowu jak przedtem, tylko ów huk w oddali stawał się potężniejszy, wyraźny i groźny.
    — Trzy baterye — objaśnił nas sierżant. — Bull i Weber Smith, — doskonała marka. Te ostatnie to dziewiątki. Tam, — przed nami — musi ich być więcej i nawet groźniejszych, bo dostrzegam tu ślady wyżłobione przez jedno tylko dziewięciokalibrowe działo, — wszzystkie pozostałe wycisnęły dwunastki. Jeśli któremu z was zależy na lekkiej śmierci, niechaj śmiało idzie pod dwunastkę, — dziewiątka najczęściej okaleczy i poszarpie, — tymczasem dwunastka przetnie cię na dwoje, niby kucharka marchew.
    I bez końca opowiadał o wszelkich okropnościach wojny, o strasznych ranach, zadawanych przez specyalnie ku temu służące naboje, o tych, które sam widział i tak w kółko. A mnie słowa jego krew mroziły w żyłach.
    Nie tylko mnie zresztą. Mógłbyś z całej siły trzeć kredą twarze towarzyszy, a nie wiem, czy stałyby się bielsze. Bo bladość okryła policzki słuchaczy.