Strona:Artur Conan Doyle-Groźny cień.djvu/174

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    i wzgardzonej ciszy domowego progu. Przypominał tak dotykalnie i mocno, jak oto woń perfum, lub ulubionego kwiatu przywodzi na pamięć obecność osoby kochanej.
    Nieraz wybiegam myślą do tej szczęsnej wioski i pytam w duchu, czy żyje jeszcze poczciwy dzierżawca i jego najzacniejsza żona. Ale to prawie niemożliwe, bo wtedy, w owych odległych czasach, znajdowali się już na schyłku dojrzałego wieku, właściwie na progu starości.
    Jim zachodził czasem do nich ze mną i siadłszy zwykle gdzieś w kącie przestronnej kuchni flamandzkiej — puszczał zajadłe klęby dymu z ulubionej fajki, — tylko, że był to Jim zupełnie różny od dawnego.
    Zawsze, w najmłodszych nawet latach, bywał szorstki, nieraz przykry i twardy, — teraz zniknęło to bez śladu. Nieszczęście spopieliło mu duszę, zmieniło w głaz, w zastygły, martwy kamień. Od owego ranka w West Inch’u nie widziałem już uśmiechu na wyschłych, pobladłych ustach przyjaciela.
    Odzywał się niechętnie, rzadko. Wszystkie jego myśli, wszystkie władze duszy skupialy się wokoło pragnienia zemsty, pragnienia śmierci de Lissac’a, tego, który wydarł mu Edie, jedyne, wymarzone, jedyne pożądane, szczęście.
    Całe godziny przepędzał skulony we dwoje, z czołem podpartem rękoma, z brwią ściągniętą i nieruchomem, pół błędnem spojrzeniem, w którem paliły się złowrogie błyski. Straszne były te