Strona:Artur Conan Doyle-Groźny cień.djvu/114

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


sze zagadką. Bo rzecz nie należała bynajmniej do łatwych.
Przekonał do siebie nawet i Jim’a Horscroft’a!
Co prawda, w stosunku do niego byliśmy tylko niby duże, a mało rozgarnięte, dzieci, gdyż on zwiedził pół świata i widział chyba wszystko, co może być godne poznania, skoro więc zagawędził się na dole którego wieczora, przenosił nas zwykle w strony niezmiernie dalekie od cichej kuchni i wiejskiej, pochylonej chaty, bo w gwar obozów, na pola bitew, na świetne, błyskotliwe dwory, do wszelkich cudów świata.
Horscroft odnosił się do niego z początku nieufnie i w sposób trochę szorstki, ale pan de Lapp swym taktem i niezwykłą łatwością obejścia zwycięsko wyszedł z owego niemego pojedynku i tak potrafił nakłonić ku sobie to serce, iż odtąd najulubieńszą czynnością Jim’a było przysuwać krzesło do jego fotela i z ręką Edie w swoich dłoniach, — z rozgorączkowanym wzrokiem, słuchać zajmujących, jakby z tysiąca i jednej nocy, opowieści, z ust mu nieledwie chwytać, dziwnym haszyszem przepojone, słowa...
Nie będę tutaj szczegółowo opowiadał, ale dziś jeszcze, po tylu, tylu latach, mógłbym wykazać z najściślejszą dokładnością, jak tydzień po tygodniu, miesiąc po miesiącu, takiem, czy innem słowem, tym, czy owym, postępkiem, urabiał nas niejako wedle własnych planów, oczarowywał, oślepiał, pociągał...