Strona:Artur Conan Doyle-Groźny cień.djvu/109

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Zawahał się trochę, potem przecząco ruszył głową.
— Powinienem wyprawić kilka listów i to jaknajprędzej — wyrzekł zwolna. — Zabierze mi to cały ranek, — zatem — do widzenia.
Rozstaliśmy się i przez kilka godzin musiałem uganiać się po pochyłościach, ale z myślą całkowicie pochłoniętą przez wczorajsze wypadki i tajemniczą osobistość nieznajomego.
Skąd to rozkazujące wejrzenie, skąd wyniosły i groźny wyraz siwych oczu, skąd te szlachetne maniery i wykwintne ułożenie?
A owe przygody, o których wspominał z taką niedbałością, takim obojętnym tonem, w jakiemże burzliwem istnieniu mogły się zawierać? co za niezwykłem musiało być życie!
I dla nas okazywał się taki serdecznie uprzejmy, przemawiał z taką wyszukaną grzecznością,— tak widocznem było, że pragnie ująć każdem słowem, — a jednak, jednak nie umiałem, nie mogłem pozbyć się nieufności, którą mię napełniał dziwny wyraz tych dumnych, orlich oczu.
Prawie, że uznawałem w duchu, jako Jim Horscroft miał słuszność, i chwilami wyrzucałem sobie wprowadzenie do domu ojców człowieka z nieznaną przeszłością.
Kiedym dnia tego powrócił do domu, zastałem mego gościa tak oswojonego z otoczeniem, jakby tu się urodził i tu, nie gdzieindziej, spędził całe życie.
Siedział w wielkim fotelu z drewnianemi po-