Strona:Artur Conan Doyle-Groźny cień.djvu/107

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


su do czasu rzucała szybkie, ukradkowe spojrzenia na naszego gościa, — on zaś patrzył na nią uważnie i jakoś badawczo.
Po śniadaniu zaraz odszedł do swego pokoju, a wtedy ojciec wyjął z kieszeni ośm błyszczących gwinei i tryumfalnie położył na stole.
— Co powiesz na to, Jeannie? — zagadnął z uśmiechem.
— Cóż mam mówić! Sprzedałeś pewno dwa najpiękniejsze barany? — odparła pytająco matka.
— Gdzietam! To tylko miesięczna zapłata za mieszkanie i żywność „przyjaciela” Jock’a! — oznajmił staruszek z dumą. — Co cztery tygodnie będziemy otrzymywać tyleż!
Matka smutno pokiwała głową.
— Dwa funty na tydzień to o wiele zadużo — wyrzekła dziwnie stanowczo. — Biedny „gentleman” i tak prawie cudem uratował się z rozbicia, a my chcemy jeszcze korzystać z jego nieszczęścia i każemy płacić za trochę pożywienia nieprawdopodobne sumy!
— Ta! ta! ta! — krzyknął rozgniewany ojciec. — Powiadam ci, że może to uczynić bez żadnego dla siebie uszczerbku! Nie poczuje nawet! Przecież ma pełen worek złota! A zresztą sam ofiarował to wynagrodzenie.
— Zobaczysz, że takie pieniądze nie przyniosą szczęścia — szepnęła z obawą kobieta.
— Et! Pleciesz jak na mękach! Widzę, że na starość pierwszy lepszy przybłęda potrafi zawrócić ci głowę!