Strona:Artur Conan Doyle-Groźny cień.djvu/106

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Skoro więc zwracał się do matki mojej, albo Edie, — a o to nie kazał się prosić — nie czynił tego nigdy bez jakiegoś charakterystycznego półukłonu, i przytem przemawiał tonem, którego samo już brzmienie nakazywało wierzyć, iż obie robią mu niezasłużony zaszczyt cierpliwem słuchaniem słów jego; a kiedy odpowiadały, — twarz przystrajał w głębokie skupienie, nasuwające myśl, że wyrazy ich były nieskończenie cenne i godne zapamiętania na zawsze.
A jednak, i pomimo wszystko, pomimo nawet owego uniżania się wobec kobiet, w głębi źrenic zachowywał ów błysk niezmąconej dumy, jakby pragnął dać do zrozumienia, że dla nich tylko stawał się tak uprzedzający i uprzejmy, — w potrzebie zaś potrafi się okazać nieugięty.
Staruszka matka topniała jak wosk pod wpływem tego miłego obejścia.
W niespełna pół godziny wtajemniczyła go w najważniejsze szczegóły naszego dotychczasowego życia i opowiedziała o stryju swym, chirurgu z Carlisle i najcenniejszej znakomitości w rodzinie.
Potem mówiła o śmierci mego brata, Rob’a, nieszczęściu, o którem nie słyszałem jej wspominającej dotąd żadnej żywej duszy, — co dziwniejsza — pan de Lapp okazał się mocno wzruszony i prawie łzy miał w oczach — choć przed chwilą z zimną krwią opowiadał o zamorzeniu głodem trzech tysięcy ludzi!!
Edie była przeważnie milcząca i tylko od cza-