Strona:Artur Conan Doyle-Groźny cień.djvu/104

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


i jednym tchem przespanej nocy. Głód bo odejmuje człowiekowi odrazu energię. No, a przytem zimno...
— Prawdę pan powiada — wtrącił uprzejmie ojciec — na naszem spokojnem wybrzeżu, zazskoczyła mię kiedyś burza śniegowa, trwająca trzydzieści sześć godzin. Wiem ja, co to znaczy!
— Ja zaś widziałem śmierć głodową trzech tysięcy ludzi — odezwał się pan de Lapp, nagrzewając zziębnięte ręce przy ogniu. — Z dnia na dzień, w oczach prawie, chudli i stawali się podobniejsi raczej do małp, niż do stworzeń ludzkich. Czasem przyczołgiwali się na brzeg pontonów, — gdzieśmy ich oblegali, i wyli z wściekłości i męki.
— Owe dzikie krzyki z początku rozlegały się po całem mieście, po tygodniu dopiero ucichły tak bardzo, iż straże, rozstawione na brzegu, zaledwie mogły dosłyszeć coraz słabsze jęki... Oto jak głód wycieńcza...
— I pomarli?! — krzyknąłem ze zgrozą.
— Wytrzymywali strasznie długo. Byli to grenadyerzy austryaccy z korpusu Starowitz’a, olbrzymi, dorodni mężczyźni, podobni wzrostem do pańskiego przyjaciela. Ale skoro się miasto poddało, nie zostało więcej nad czterystu i każdy z nas mógłby trzech ich unieść na raz, istne szkielety! Litość brała patrzeć. Ach!!! Czy zechcesz mię pan przedstawić pani i tej młodej damie?
To Edie z matką wchodziły do kuchni.
Pan de Lapp nie widział ich wczoraj, a te-