Strona:Artur Conan Doyle-Groźny cień.djvu/103

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


chem, okrył nierozłącznym płaszczem i prawie natychmiast usnął.
Chrapał przytem tak głośno i donośnie, iż ja, — którego pokój przylegał do tego właśnie, na moje nieszczęście, — nie potrzebowałem się obawiać, że mógłbym, zapomnieć o gościu pod naszym dachem!
Gdym zeszedł nazajutrz rano na dół, przekonałem się, iż byli tacy, co mię wyprzedzili, bo nieznajomy siedział już naprzeciwko ojca przy stoliczku, stojącym przy kuchennem oknie, raz po raz pochylał się do niego i coś mówił. Pomiędzy nimi błyszczał rulon złota.
Obecność moją ojciec zauważył dopiero po chwili i podniósł na mnie oczy, w których paliła się dziwna chciwość. Nigdy przedtem nie widziałem w nich tego wyrazu.
Łakomym ruchem zgarnął leżące pieniądze i prędko wsunął do kieszeni.
— Tak więc, szanowny panie — kończył zaczętą rozmowę, — pokój należy do pana, rachunek zaś regulowany będzie z góry, trzeciego każdego miesiąca.
— Otóż i mój najpierwszy przyjaciel — przerwał de Lapp wesoło, podając mi rękę z uśmiechem życzliwym wprawdzie, w którym się jednak przewijał odcień jakiejś wyższości, podobny temu z jakim traktuje się naprzykład psa, szczególniejszego ulubieńca.
— Wypocząłem już znakomicie — ciągnął ze swobodą i to tylko dzięki wspaniałej kolacyi