Strona:Artur Conan Doyle-Groźny cień.djvu/101

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


najpewniejszym środkiem skłonienia mię do „pójścia naprzód”, było — ciągnąć w tył z całej siły.
— Dlatego właśnie, że jest obcym, uważam za swój obowiązek czuwać nad nim — odciąłem się dosyć, zgrabnie.
— Bacz, żebyś nie żałował! — rzucił szorstko.
— I to nawet być może.
— Więc jeśli cię nic nie wzrusza, mógłbyś mię usłuchać, choćby przez wzgląd na Edie!
— Edie doskonale może pilnować się sama!
— Róbże zatem, jak chcesz i niech cię dyabli porwą! — wybuchnął w uniesieniu najwyższego gniewu.
I wykręciwszy się tylko na pięcie, bez pożegnania i krokiem, zdradzającym wielkie, wewnątrz ne rozjątrzenie — puścił się w kierunku wzgórzy, które osłaniały domek jego ojca.
Ja zaś powróciłem śpiesznie do mego niespodziewanego gościa i obaj jęliśmy zstępować z wyniosłości. Po ustach nieznajomego błąkał się niezrozumiały uśmiech.
— Zdaje mi się, żem nie zyskał uznania w oczach tego pana — powiedział wreszcie trochę ironicznie. — Odgadłem, choć zdaleka, powód pańskiej sprzeczki. Żądał, aby mi nie udzielać przytułku, nieprawdaż? Cóż on sobie myśli? — ciągnął już wzburzony. — Czy nie wyobraża sobie przypadkiem, że ukradłem te pieniądze, które znajdują się w worku? Czegóż innego się lęka?!
— Och! nic nie wiem i wszystko mi jedno —