Strona:Antoni Lange - Przekłady z poetów obcych.djvu/263

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Aż pająkom w oczach zaświtało.
Ależ nagle, co za grom rozprasza
Tej świątyni ciszę uroczystą:
Czyż to piorun te mury przestrasza?
Czy to w garnku gotuje się kasza?
Nie! to człowiek jakiś tak rzęsisto
Chrapie. Tam, na ławie rozciągnięty
I skulony, i we dwoje zgięty —
Śpi... Lecz oto budzi się już... Poczuł,
Że już dość ma chrapania... Odpoczął.
Wstaje... trze swe rozespane oczy...
Patrzy... ciemność go pogańska mroczy.
Idzie do drzwi... wali w mocne klamki,
Lecz, napróżno! nieruchome zamki.
Więc umysłem bystrym w locie chwyta,
W czem tu trudność sprawy jest ukryta
I, ponuro patrząc dookoła,
— Ach, zamknęli — rzekł — wrota kościoła.
Ale wnet, jak każe umysł męski,
Wzywa ducha siłę do pomocy:
Aby go nie zawiódł śród tej klęski —
I nie zawiódł go w tej strasznej nocy.
Wnet na lotnych skrzydłach, niby ptaszki,
Do tej myśli głębokich macierzy,
Po niebitej w ciemię, krągłej czaszki,
Tysiąc planów wybawienia bieży.
— Jak wyzwolić się? Ze wszech sił krzyczeć?
Ale tak, jak grom armaty srogiej
Nie uleci dwakroć takiej drogi,
Do jakiej ją pan puszkarz przyłoży,
Tak głos ludzki. — Niema na co liczyć!
Bo chociażbym krzyczał jak najsrożej