Strona:Antoni Lange - Przekłady z poetów obcych.djvu/209

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Lecz wypić moglibyście z rozkoszy kielicha!
Szalony teraźniejszość kwiecistą odpycha
I zamyka się w jutra tchnieniu lodowatem,
Gdy oto matka, ojciec, brat wasz, siostra wasza
I ta wybranka wasza, wasze ukochanie
Pójdą w proch — i z nich śladu, jak z was nie zostanie.
— Zostanie ta, co była nam jedynym światem,
Razem siostra, kochanka, razem matka nasza.

— Wartoż ofiar, by nagród doczekać tak małych?
Patrzcie! zamarłe usta wieków osiwiałych
W przeszłości swej zasnute, jak w wiecznej ciemnicy
W pozaświatowych mrokach — w mogiłach zamkniętych
Drwią z was, wiedząc, jak wielu mówiło też słowa
I upadli — upadli — i zmarłych grób chowa!
Wstaniecie-ż wy, gdy tamci nie wstali z martwicy?
— Nie my — lecz ona! Dla niej nie żal być z wyklętych.

— Nie jesteście-ż zmęczeni? duch wasz nie zamiera,
Widząc, jak noc z kolei — noc, dzień — dzień pożera,
Chwila chwilę w bezsennym ogniu jak pochłania?
Bezsenni! kiedyż do snu zamkniecie powieki?
— Znużeni my! Omdlewa serce, mózg, dłoń, nogi —
I pewnie senby dla nas nad wszystko był drogi
Nad wszystko — prócz strasznego tego pożądania,
Które, gdy kto raz odczuł, będzie czuł na wieki.

— Tak lubą wam, że za nią gonicie wyschnięci —
Tak pewną, kiedy próżne wszystkie ludzkie chęci —
Mara ta: by w orkanach uzdrowienia cudu
Szukać — złamanym sercom i grzbietom ugiętym?