Strona:Antoni Lange - Przekłady z poetów obcych.djvu/107

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Płaczę, gdy myślę nad tem, jaki mój ratunek:
Niewinnego młodzieńca pierwszy pocałunek,
Co nigdy nie całował przede mną nikogo:
Dziś czar ten ma się rozwiać! O nieznana trwogo!
Jeszcze tylko godzina! Ach, drżę i w tęsknocie
Czekam mego wybawcy. Czy to ty, Pierrocie?
Z tych białych szat, któremi stroi się to dziecię,
Sądzę, że w jeno sercu kwitnie lilii kwiecie.
Ukryjmy się. Ach czuję, jak nadzieja wnika
W moje serce!

Kryje się za drzewami. Wchodzi Pierrot, bardzo młody i bardzo niewinny. Niesie w ręku ładny koszyczek z sitowia, czysto nakryty białą serwetką.
PIERROT.

Włożyłem do tego koszyka
Szynkę z butelką wina... na królewskie gody,
Wyciśniętego z czarnej, soczystej jagody!
Takie jedynie wino pijać mam w zwyczaju.
Urządzę sobie ucztę wspaniałą w tym gaju!
Lecz pić samemu! Smutne przepędzanie czasu.
Przezorniem wziął dwie szklanki, gdy szedłem do lasu.
Pić samemu! To brzydko — ja się tego boję!

URGELA.
(Ukazując się widzom, niewidziana od Pierrota.).

Uspokój się, Pierrotku, będziemy we dwoje.

PIERROT.

Wypiję was, czerwone soki win dojrzałych,
Śród zapachu fijołków i konwalij białych!