Strona:Antoni Ferdynand Ossendowski - Orlica.djvu/91

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Nigdy nie myślałam, iż zostanę opuszczona... — przemknęła przez głowę Aziza gorzka myśl. — Za co pokarał mnie Allah?
Z temi ciężkiemi myślami szła żona Rasa przez górę do kotliny, gdzie stała biała kubba świętego człowieka. Złożyła tu ofiary — proso, sól i jarzyny, zapaliła czerwoną świeczkę i zaczęła się modlić, błagając Sidi Jakuba, aby się wstawił za nią przed wszechpotężnym Allahem i wymodlił dla niej rychłe połączenie się z ukochanym mężem i życie razem z nim, chociażby miało to być życie krótkie a ciężkie, pełne trudów i troski o byt.
Gdy świeczka się dopaliła, Aziza podniosła się z klęczek, złożyła na progu kubby pęk kwiatów polnych i, westchnąwszy raz jeszcze, odeszła.
W nocy zaś, gdy wszystko w kasbie ucichło, a żaden głos nie mącił wielkiego, nieruchomego milczenia, przyczołgał się do drzwi domu Aziza najstraszniejszy z potworów — tęsknota. Jak ciężka, nielitościwa mara, jak widmo, zrodzone w mroku nocnym, zimne, powolne i okrutne, objęło ją swemi śliskiemi mackami, zgasiło błyski w jej oczach, zmusiło serce gwałtownie kołatać w piersi, znękanej bólem, lub zamierać w trwodze beznadziejnej, pomieszało i pogmatwało myśli, spłoszyło sen i wycisnęło gorzkie, gryzące łzy, i żałosne jęki, które przeszły w straszliwe przekleństwa, bluźnierstwo i nienawiść do ludzi, do Allaha, bo on widział i znał jej serce i duszę, a przecież nie dopomógł, nie obronił przed złymi ludźmi.
Tak mijała straszliwie długa, męczeńska i beznadziejna noc.
Aziza czuła, że umysł jej się mąci, że ogarnia ją szał.
— Co robić? Jak się ratować? Do kogo biec po pomoc i radę?