Strona:Antoni Ferdynand Ossendowski - Orlica.djvu/33

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


kurzu wytrzepię, że się chyba przełamiesz, tyko ogrodowa! Czy zrozumiałeś, ty, Soff, bez „ben,“ „el“ i „er?“ Zrozumiałeś? To cieszy mnie. A więc ty jesteś Soff, ja nazywałem się do tej chwili Ras, a teraz jestem Abd, też bez „ben“ i innych dodatków.
Soff śmiał się na całe gardło, aż echo odzywało się w górach, i wołał:
— Zuch z ciebie, przyjacielu! Podobasz mi się! Lecz Abd to nie idzie!
— Dlaczego? — spytał góral.
— Bo Abd to znaczy niewolnik. Czyim jesteś niewolnikiem? Chyba moim?
— Niech ludzie myślą, że jestem twoim niewolnikiem! — zgodził się Ras.
— Na korzyść to wypadnie i mnie i tobie, Abd! — rzekł Soff.
— In cza Allah! — zakończył tę rozmowę góral.
Nowi przyjaciele ucałowali się w policzki dwukrotnie, jak to stary zwyczaj nakazuje.
Soff zaczął opowiadać o sobie.
Był zaklinaczem wężów i włóczył się po całem Marokku, Algerji, Tunisji, zaglądając nawet do Trypolitanji włoskiej i do Egiptu.
— Przybyłem tu po węże, — mówił. — Po nowe węże, bo moje zupełnie się zestarzały i osłabły. Nie chciały ani jeść, ani złościć się, ani gryźć. Leżały, jak kije lub kawały liny. Sprzedałem je za dobre pieniądze jakiemuś fuszerowi z Rabatu i oto jestem tu i łapię sobie węże, mam już dwa, muszę mieć jeszcze trzy lub cztery. Im więcej ich będę miał, tem poważniej i straszliwiej będę wyglądał, tem bardziej teraz, gdy będę miał swego niewolnika. Nauczę ciebie swojej sztuki, gdyż może ci się to