Strona:Antoni Ferdynand Ossendowski - Orlica.djvu/186

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Padła mu do nóg, cicha, pokorna i szeptała:
— Nie zostawiaj mnie samej, nigdy, nigdy! Chcę być z tobą razem wszędzie i zawsze! Rozumiesz, panie mój, wszędzie!...
— Tak będzie! — zawołał Ras i oczy mu płonąć zaczęły.
Przez całą noc trzech jeźdźców przedzierało się przez góry północnego Riffu. Przed świtem trzy konne postacie prześlizgnęły się, jak majaki, głębokim wąwozem, pozostawiając za sobą ostatnie placówki hiszpańskich wojsk.
Zatrzymali się przed wartami powstańców Abd-el-Krima.
Przepuszczono ich dalej i wkrótce dotarli do obozu oddziału, prowadzącego atak na pozycje Hiszpanów.
O zmierzchu mały oddziałek powstańców skradał się ku okopom nieprzyjaciela.
Śród wojowników szli uzbrojeni w karabiny marabut Szorf ben Ihudi i Ras ben Hoggar. Obok niego, jak cień, lub, jak pies, idący przy nodze, kroczyła postać kobiety, zawinięta w burnus. Była to Aziza. Szła, niosąc worki z nabojami.
Dowódca oddziału zatrzymał ludzi i cichym głosem rzekł:
— Musimy wpaść do okopów niespostrzeżenie i wywołać popłoch. To odciągnie uwagę Hiszpanów od innych części odcinka, na który zamierzone jest ogólne uderzenie. Czy wszyscy gotowi? Na Allaha, naprzód, mumeni!
Ludzie rozprószyli się i pełznąć zaczęli, jak węże, lub skradające się do kuropatw szakale.
Szorf ben Ihudi szepnął do Rasa: