Strona:Antoni Ferdynand Ossendowski - Orlica.djvu/185

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Aziza spokojnym głosem, niby z poza grobu, mówiła o wszystkiem, co zaszło w jej życiu, nic nie ukrywała, nic nie objaśniała, nie broniła się, nie błagała i łez nie wylewała.
Gdy skończyła, szepnęła:
— Nie mogę ciebie, panie mój, nazywać mężem, bom grzeszna, nieczysta, przeklęta przez Allaha, który odwrócił ode mnie oblicze swoje. Wypędź mię, jak psa zadżumionego, nie żałuj, bom nie warta tego lub zabij mnie, bo panem moim jesteś! Ratuj siebie i nie myśl o mnie...
— Ras nic nie odpowiedział. Poszedł do marabuta, długo z nim się naradzał, a potem skierował się do hiszpańskiego sędziego i skargę zaniósł na żołnierza Juana Hernandez, żądając dla niego kary za rany i krzywdę żony.
Woźni i żołnierze wyrzucili górala za drzwi, śmiejąc się i drwiąc z niego.
— To wszystko, co może uczynić dla mnie wasza sprawiedliwość? — zapytał, podnosząc się z kurzu ulicznego i patrząc na Hiszpanów ponurym wzrokiem.
— Możemy ci jeszcze coś dodać, abyś pamiętał przez całe życie! — krzyknęli z urąganiem i pogróżkami.
Ras odszedł, nic więcej nie powiedziawszy.
Powrócił do domu i podszedł do skulonej w kącie, nieruchomej, milczącej żony. Położył jej rękę na głowie i szepnął:
— Aziza! Żono moja! W otchłań zapomnienia rzucam przeszłość naszą, albowiem wina spada na męża, który bez opieki porzuca dom i rodzinę swoją. Już wszystko minęło, pozostaje tylko zemsta. Bądź gotowa do drogi za godzinę. Jedziemy!