Strona:Antoni Ferdynand Ossendowski - Orlica.djvu/184

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


miętał nawet imię i nazwę pułku żołnierza, który zranił Aziza, i poszedł do szpitala.
Hiszpańskie władze nie chciały go dopuścić do chorej i zapowiedziały, że jeżeli jeszcze raz tu przyjdzie, to zaaresztują go i odstawią do policji.
Ras nie wiedział, co robić. Usiadł na ziemi pod ścianą szpitala i myślał.
Nagle ktoś położył mu rękę na ramieniu. Podniósł głowę i krzyknął radośnie. Ujrzał nad sobą pochyloną twarz marabuta — Szorf ben Ihudi.
— W oczach twoich widzę troskę, synu! — rzekł Szorf. — Co ci jest?
— Sidi! — szepnął, zgrzytnąwszy zębami Ras — Allah wciąż ściga mnie i nieszczęście, jak cień, chodzi za mną!
— Allah jest różny w różne chwile życia, Ras ben Hoggar! — powiedział marabut. — On — Mądry, wie, dlaczego wywyższa i dlaczego poniża... On wie, na jaką drogę mają wejść stopy każdego człowieka — czy jest on wielkim i możnym, czy małym i nędznym. Mów!
Ras opowiedział wszystko, co wiedział o Aziza. Szorf, wysłuchawszy opowiadania, wstał i, kazawszy Rasowi czekać, oddalił się. Powrócił wkrótce z kilku poważanymi w mieście Arabami i wszedł do szpitala.
Ras, nieruchomy, jak kamień przydrożny, oczekiwał...


∗             ∗

W kilka dni później w małej izbie w domu bogatego kupca — Kabila Ras słuchał opowiadania żony. Milczał, tylko oddychał ciężko, głowę na pierś uronił i ścisnął ręce.