Strona:Antoni Ferdynand Ossendowski - Orlica.djvu/179

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


więzienia, żołnierz prowadził je przez rynek, gdzie tłok był znaczny, gdyż targ jeszcze trwał, a setki wielbłądów i mułów pozostawało jeszcze na placu, gdzie ładowano na nie jakieś ciężkie skrzynie.
Aziza obejrzała się na żołnierza. Ten zatrzymał się właśnie i rozmawiał z kilku piechurami, głośno śmiejąc się i paląc cygaro. Góralka przepuściła swoje towarzyszki, udając, że poprawia obuwie, spadające jej z nóg, a później zmieszała się z tłumem Arabów i Kabilów.
Żołnierz, prowadzący aresztantki, nic nie zauważył, przeszedł spokojnie, pykając cygaro.
Aziza szybko szła przez miasto, minęła kasbę, zbudowaną na spiczastym pagórku, i wyszła na brzeg morza. Tu ukryła się śród skał, wcisnąwszy się do głębokiej szczeliny.
Góralka spędziła na brzegu morza kilka dni, nic nie jedząc, trapiona głodem i pragnieniem. Wreszcie lęk przed głodową śmiercią pognał ją do miasta.
Szła, słaniając się na nogach i kryjąc, jak mogła, twarz w łachmanach brudnego, dziurawego burnusa. Trafiła na placyk przed małym meczetem i zaczęła skamłać o chleb, czepiając się nóg przechodniów. Mowa jej zdradzała jednak kobietę z obcego plemienia i Arabowie i Kabilowie ze szczepu Gelaja i Kebdana przechodzili obojętnie.
Spostrzegłszy ją, inne żebraczki, otoczyły i obrzucały ją pogróżkami i przekleństwami, aż zaczęły ją bić i szarpać.
Aziza z trudem wyrwała się i uciekła.
O głodzie chodziła żona Rasa ben Hoggar jeszcze trzy dni, żywiąc się odpadkami, zbieranemi po śmietnikach zamiejskich, i zrzadka rybą, wyrzu-