Strona:Antoni Ferdynand Ossendowski - Orlica.djvu/165

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Mówiąc to, padła przed nim na kolana i ucałowała połę jego płaszcza.
On zaś podnosił ją z ziemi, przyciskając mocno co siebie i szepcząc:
— Miłości moja, słońce, radości!...
Zamyślił się, trzymając ją w objęciach, aż zaczął szeptać:
— Dziś w nocy spahisi będą cię tu szukali... Nie mogę temu przeszkodzić... jest jedna tylko rada! Jedyna... Zostaniesz w nocy w mojej komnacie, a ja powiem, że jesteś żoną moją... moją!
Aziza drgnęła, ale słowa te nie były dla niej przykre.
— Uczynię, jak poradzisz, sidi! — odpowiedziała.
On zaś padł jej do nóg szczęśliwy i jął mówić namiętnym głosem, rzucając słowa pieszczot, pociechy i miłości. Aziza spłonęła cała od mowy pięknego Araba i milczała, ciężko oddychając.
— Ras ben Hoggar sam winien, że się naraził i zdradził się przed ludźmi kaida — rzekł po chwili Saffar. — Odurzył się dymem kifu śród tancerek Uled Nail, do których uczęszczał codziennie, i nieopatrznie wykrzyknął swoje imię.
Aziza zmarszczyła brwi i błysnęła oczami.
— Uczęszczał do tancerek? — szepnęła.
— Tak! Powiedział mi o tem mój niewolnik... — odparł Saffar.
Aziza nic nie odpowiedziała, tylko nozdrza jej latały i groźnie płonęły oczy.
Znawca kobiet — Saffar el Snussi — podawał im zawsze w porę odpowiedni rodzaj trucizny...
Tegoż wieczoru czarne niewolnice handlarza, milczące i wytresowane, szybko ubierały Aziza,