Strona:Antoni Ferdynand Ossendowski - Orlica.djvu/16

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Zabrali ich ze sobą... — domyślił się góral. — Źle! Teraz dowiedzą się, która kasba dokonała napadu. Nie mogę powracać do domu, bo utnie mi wielki kaid głowę. Nie chciał Allah dopomóc przedsięwzięciu Rasa!
Jakieś złe i ciężkie przeczucia ścisnęły serce górala.
Ześlizgnął się z gór na drogę, gdzie padli jego towarzysze. Znalazł tu kałuże krwi i ślad ciał, wleczonych po piasku.
— Zabrali zabitych, czy rannych ze sobą przeklęci kupcy! — zamruczał Ras ben Hoggar i głęboko się zamyślił.
Cały dzień spędził śród skał przy małem źródełku, które z trudnością odnalazł.
Ras był doświadczonym myśliwym, oddawna wałęsającym się po górach Atlasu o głodzie i chłodzie, więc umiał sobie radzić. Wynalazł kilka sterczących z ziemi gołych łodyg „kemji“[1] i zaczął je wyciągać. Roślina ta posiadała długie i grube korzenie, któremi szukała dla siebie wody na wielkiej głębokości pod ziemią, jak prawdziwa mieszkanka pustyni.

W ten sposób Ras zaopatrzył się w paliwo, poczem przygotował sobie strawę, miał bowiem w swojej sakwie kawę, kociołek i duży placek „keseras“, upieczony rękoma Czar Aziza. Przespał się do wieczora, a po modlitwie, o zachodzie słońca, ruszył ku domowi. Szedł lekkim, sprężystym krokiem, nawykłym do szybkiego chodzenia, szedł aż do wschodu słońca; po modlitwie porannej przebrnął rzekę Suss i zapadł w góry. Tu się zaczaił około źródła, płynącego w pobliżu jakiejś wioski. Narwał sobie dojrzałych oliwek i parę granatowych owoców,

  1. Arabska nazwa rośliny górskiej.