Strona:Antoni Ferdynand Ossendowski - Orlica.djvu/145

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Nieznajomy zawinął się szczelniej w burnus, wyszedł z domu i odjechał, pozostawiwszy kadi w wielkiej niepewności i trwodze. Chciał się naradzić z synem, lecz ten nie powracał, chociaż noc zapadała szybko.
Kadi chodził po izbie, tarł czoło, mruczał do siebie, a myśli, pełne niepokoju, dręczyły go.
— Umarł w nienawiści... złe dżinny, — szeptał drżącemi ustami, oblewając się potem. — Kara od dżinnów zemsty... To — straszne!
— Czy mam zamykać bramę kasby? — zapytał czaus, wchodząc do biura.
Kadi odpowiedział po chwili namysłu:
— Daj mi klucze! Zamknę sam, bo będę czekał na syna.
Jeszcze czas jakiś starzec chodził zamyślony po izbie, aż narzucił na siebie ciepły burnus i stanowczym krokiem wyszedł z domu.
Istotnie sam zamknął bramę, lecz od zewnątrz, i poszedł w stronę kubby, stojącej za oliwnym gajem. O syna nie bardzo się troszczył w tej chwili, gdyż wiedział, że młodzieniec znał wszystkie wyłomy w murach i prześlizgnąłby się o każdej porze do kasby, co też nieraz czynił, powracając późno z polowania lub dalekich konnych wycieczek z towarzyszami.
Gdy zbliżył się do kubby, nieznajomy nagle wyrósł przed nim i starzec nie zdołał jeszcze ochłonąć z powodu niespodziewanego zjawienia się gościa, gdy ten chwycił go za gardło, ścisnął twardemi palcami i syknął:
— Mów wszystko, inaczej zginiesz, stary psie!
Trzymając swoją ofiarę za gardło, Ras wysłuchał całej sprawy o Aziza od chwili, gdy on sam uciekł z domu.