Strona:Antoni Ferdynand Ossendowski - Orlica.djvu/127

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Rozumiem... — szepnął Ras. — Powinniśmy znaleźć ten buńczuk!
— Będziemy go poszukiwali — kiwnął głową Szorf.
Wkrótce odnaleźli barłóg żebraka i razem z nim skierowali się ku panteonowi szeryfów. Wszystkie wejścia do niego były jednak zamknięte, gdyż godzina była późna. Jednak Hassan, mrugając zdrowem okiem, poszedł do bramy i zaczął mocno kołatać i wołać na odźwiernego.
— Wszyscy stróże wyszli z domu — rzekł nareszcie. — Nikogo niema. Dobra nasza! Przejdziemy inaczej!
Doprowadził marabuta i Rasa do koryta kanału, biegnącego przez całą kasbę.
— Idźcie tem łożyskiem przeciwko prądowi! — rzekł. — Ujrzycie podziemne przejście, którem płynie kanał, i tą drogą dostaniecie się na podwórze meczetu.
Towarzysze posuwali się korytem prawie wyschłego potoku i, doszedłszy do podziemnego kanału, nisko schyleni szli dalej, czując, jak ze sklepienia kapie na nich woda i z cichym szmerem zrywają się spłoszone nietoperze.
Po kilku minutach wyszli na podwórze meczetu. Skradając się, zwiedzili całą świątynię, świecąc sobie latarkami. Minęli w milczeniu dwie sale z resztkami posadzki, niegdyś marmurowej, z kupami gruzów po kątach, z oknami rzeźbionemi w gipsie przez wprawnych majstrów andaluskich, lecz pozbawionemi oddawna swoich barwnych szkieł, po których pozostała tylko oprawa z ołowiu. W tych mrocznych salach przy blaskach latarni połyskiwały złocone przed wiekami sufity, zdobne w zwisające stalaktyty z rzeźbionego cedrowego drzewa, jeszcze roztaczającego miłą woń żywicy; bielały