Strona:Antoni Ferdynand Ossendowski - Orlica.djvu/124

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


rzekł natchnionym głosem marabut, podnosząc oczy ku niebu. — On — Wielki i Sprawiedliwy tego chce! Allah el Hadi, Allah Malik el Mulk[1] woła do czynu wszystkich wiernych od krańca do krańca ziemi!...
Więcej o tem nie mówili, lecz Ras padł przed marabutem na kolana i rzekł:
— Zdrowie swoje, swoje szczęście, swoje życie oddaję wielkiej sprawie, tak niech mi dopomoże Allah!
— Słyszał on przysięgę twoją, synu, i da ci pocieszenie tu, na ziemi, czy tam, w obliczu swojem, bo Allah jest „el Dżebbar“ i „el Muhyi“[2].
Ras odwiedził z przepychem wzniesioną świątynię, gdzie stał grobowiec patrona Fezu — sułtana Mulej Idrissa, założyciela miasta. Tu modły zaniósł gorące o powodzenie sprawy, która miała wywyższyć Islam nad wszystkie inne nauki, przywrócić starodawną tradycję „hadith“, a z nią razem przywrócić jemu, niegodnemu niewolnikowi Allaha, marnemu słabemu robakowi, — prawo do wolności, życie, miłość i szczęście.
Od tej chwili Ras nie opuszczał nigdy marabuta, był ciągle przy jego drzwiach, jak najwierniejszy niewolnik, jak pies łańcuchowy, gotów na pierwsze zawołanie obronić swego pana i wykonać najtrudniejsze i najniebezpieczniejsze polecenie bez namysłu i bez obawy o swoje własne życie i o swój los.

Dziesiąty dzień już mijał od chwili przybycia do Fezu, gdy marabut skinął na Rasa i szczelnie zamknął za nim drzwi.

  1. Allah — wódz, Allah — król królów.
  2. Wszechmocny i dający zmartwychwstanie.