Strona:Antoni Ferdynand Ossendowski - Orlica.djvu/113

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Pójdziesz do kupca Ali Sułhak ed Khiber, zabierzesz od niego i przyniesiesz tu wszystko, com zamówił.
Ras poszedł i przywiózł na trzech dobrych mułach — worki z żywnością, rydle, kilofy, różne przyrządy, namiot, naczynie do gotowania strawy, jakieś pudła i dużo innych rzeczy, nieznanych i niewidzianych nigdy przez górala.
Nazajutrz rano wyruszyli, idąc przy objuczonych mułach na północ, a w niewielkiej odległości od miasta Sale skręcili na wschód, gdzie wkrótce ogarnął ich cień, rzucany przez wysokie dęby korkowe. Był to las Mamora, miejsce, w którem dawni Szleu ukryli część swoich skarbów przed najeźdźcami.
Poszukiwacze jechali narazie szeroką drogą, którą mknęły samochody i kroczyły wielbłądy, dążące do granicy Riffu lub do oceanu, lecz wkrótce zjechali na boczną ścieżkę i zaczęli zagłębiać się w las. Wysokie dęby obstąpiły jeźdźców ze wszystkich stron i gąszcz stawał się coraz ciemniejszy. Jechali tak aż do zachodu słońca i wreszcie dotarli do niewielkich pagórków, porosłych lasem. Ujrzeli tu wąwóz z haszczami krzaków, wysokiej trawy i sterczącemi gdzieniegdzie spróchniałemi pniami, dawno zrąbanych lub strzaskanych przez burze dębów.
Marabut przejrzał raz jeszcze jedną z tabliczek, sprawdził położenie miejscowości w stosunku do słońca i zawołał.
— Dobrze mi opisały to miejsce meskin! To — tu! Musimy ustawić w tych krzakach namiot, a siedzieć cicho, aby nas tu nie wykryto, gdyż wtedy — koniec naszej robocy!
Pracowali do późna poszukiwacze, a gdy księżyc zaczął zaglądać przez korony dębów do wąwozu, stał tam już namiot, pasły się niedaleko