Strona:Antoni Ferdynand Ossendowski - Orlica.djvu/109

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


sie Mamora. W ten sposób doszli aż do waszych gór i tu pozostali. Przybysze, zrabowawszy państwo Szleu, odpłynęli, po nich przyszli inni, tych znowu zastąpiły jakieś nowe ludy, aż przyszli Arabowie i zajęli cały kraj. Szleu nigdy już nie powrócili na swoją ziemię, która do dnia dzisiejszego zazdrośnie ukrywa skarby waszych przodków.
— Trzeba je odnaleźć! — wykrzyknął Ras.
— Właśnie po to tu jesteś — odpowiedział, kładąc mu rękę na ramieniu marabut. — Posiadam dwie mosiężne tabliczki z planami skarbów, ukrytych przez starożytnych Szleu na północy. Podarował mi je i objaśnił ich znaczenie i wycięte na nich znaki jakiś stary meskin, rodem z Amizmiz...
— To blizko mojej wsi! — zawołał góral.
— Ów meskin umierał na ulicy, wziąłem go do siebie, leczyłem i karmiłem, lecz Allah dał mu krótkie życie. Umarł, a przed śmiercią przekazał mi swoje tabliczki, talizmany, chroniące od złych duchów, broniących skarbów, i skuteczne zaklęcia...
Marabut umilkł, milczał też i góral, czekając na dalsze słowa świętego człowieka. Po długiem milczeniu Szorf rzekł:
— Pójdziemy szukać skarbów, za pomoc wynagrodzę cię sowicie. Czy chcesz?
— Będę ci wierny jak pies, jak niewolnik! — zawołał Ras. — Muszę mieć dużo pieniędzy, aby stać się bogaty i potężny i wtedy znowu zacznę żyć, jak ludzie uczciwi, a nie jak włóczęgi, wygnańcy, żebracy. Cięży mi to, a w duszy mojej i sercu gnieździ się i żre mnie tęsknota, sidi!
Wyrzekł to z takim wybuchem bólu i namiętności, że marabut przyjrzał mu się baczniej i cichym głosem spytał:
— Co ci jest, synu mój?