Strona:Anton Czechow - Partja winta.djvu/66

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Uginający się pod ciężarem butelek stół obsiadły jakieś typy z wypukłemi, jak u raków, oczyma. W głębi pokoju rozparł się starszy jegomość i tulił do piersi główkę znanej jasnowłosej kokoty i w kierunku mojej ściany wciąż powtarzał swoje „mil-czeć“.
Już otworzyłem usta, z których posypać się miał grad najwymyślniejszych obelg, gdy... o Boże!... w owym starszym panu poznałem dyrektora banku, w którym miałem posadę. W mgnieniu oka odleciały mnie senność, złość i chęć nawymyślania całej kompanji... Uciekłem do swojego pokoju.
Przez cały następny miesiąc dyrektor nie patrzał w moją stronę i nie zamienił ze mną ani jednego słowa. Unikaliśmy się wzajemnie. Po opływie miesiąca podszedł do mnie, stanął przy biurku, schylił głowę i, patrząc na podłogę, przemówił:
— Przypuszczałem... miałem nadzieję, że pan się sam domyśli... Widzę jednak, że pan nie ma zamiaru... Hm... Proszę się nie denerwować... Może pan nawet usiąść... Przypuszczałem, że... Tu dla nas obu jest za ciasno... Takeś pan przestraszył moją siostrzenicę... Teraz pan już chyba rozumie... Proszę przekazać urzędowanie Iwanowi Nikiticzowi...
Podniósł głowę i odszedł...
A ja — byłem zgubiony.