Strona:Anton Czechow - Partja winta.djvu/155

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Gdy konduktor podszedł do niego z biletami, zostawił Bismarka w spokoju.
— Dlaczego w pańskim wagonie jest tak ciemno? — obruszył się na konduktora. — Świec pan nie ma, czy co? Co to za nieporządki? Bata na was trzeba! Zagranicą nauczyliby was rozumu! Publiczność nie jest dla was, a wy dla publiczności! Niech to wszyscy djabli wezmą! Nie rozumiem, co te władze robią!
Po chwili zażądał, żebyśmy się wszyscy posunęli.
— Proszę się posunąć! Do pana mówię! Proszę zrobić miejsce dla paniusi! Delikatniej trochę! Panie konduktor! Proszę tutaj, panie konduktor! Pieniądze brać umiecie, a miejsc nie dajecie! To — świństwo!
— Tutaj palić nie wolno! — krzyknął na niego konduktor.
— A kto to zabronił? Kto miał prawo? To jest zamach na wolność osobistą! Nikomu nie pozwolę ograniczać mojej wolności! Ja jestem wolnym człowiekiem!
— Ach, ty drabie jeden! Wpatrywałem się w tę gębę i własnym oczom nie wierzyłem. — Nie, to nie on! To wykluczone! Tamten nie zna takich wyrażeń jak „wolność osobista“ i „Gambetta“.
— Niema co, ładne porządeczki — dodał i rzucił papierosa. — Żyj tu z takimi panami! Zbzikowali na formie, na literze prawa! Formaliści! Filistry! Gnębią!