Strona:Anton Czechow - Partja winta.djvu/140

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Nasz generał też bez żadnego wykształcenia, a jednak...
— Tak, ale generał, zanim się do tego dochrapał, to ukradł przedtem sto tysięcy. I prezentuje się, bracie, inaczej. Nie to, co ja. Z moim wyglądem wysoko nie zajdziesz. I nazwisko do chrzanu: Niewyrazimow! Jednem słowem, bracie drogi, sytuacja bez wyjścia. Chcesz — żyj, nie chcesz — powieś się...
Niewyrazimow odsunął się od okienka i z rozpaczy zaczął się przechadzać po pokojach. Dzwony jęczały coraz głośniej... Żeby je usłyszeć, nie trzeba już było podchodzić do okna. I im wyraźniej było słychać dzwony, im głośniejszy był turkot pojazdów, tem ciemniejsze wydawały się brudne ściany i zakurzone gzymsy, tem mocniej kopciła lampa.
— A możeby tak zwiać z dyżuru? — pomyślał Niewyrazimow.
Ale ucieczka nie mogła dać nic dobrego... Po wyjściu z urzędu i po nawałęsaniu się po mieście, Niewyrazimow poszedłby do swego mieszkania, a w mieszkaniu jego było jeszcze brudniej i gorzej niż w „dyżurce“... Przypuśćmy, że dzień ten spędziłby przyjemnie, z komfortem, lecz co byłoby dalej? Te same brudne ściany, te same płatne zastępstwa dyżurów i listy z powinszowaniami...