Strona:Anton Czechow - Partja winta.djvu/139

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


spieszą na jutrznię... Nasi z pewnością o tej porze już sobie podpili i wałęsają się po mieście. Ileż tam śmiechu, rozmów! Ja jeden jestem taki nieszczęśliwy, że muszę w takim dniu sterczeć tutaj. I rok rocznie tak samo.
— A kto się panu każe tem zajmować? Przecież pan nie jest dzisiaj dyżurnym, a Zastupow wynajął pana na swoje miejsce. Jak tylko ludzie wybierają się na zabawę, pan się najmuje... Chciwość!
— Gdzież tam do djabła chciwość?! Jest też się na co połakomić: wszystkiego dwa ruble żywego grosza i na dodatek krawat. Nędza, a nie chciwość...
— A wiesz, dobrzeby teraz było pójść na jutrznię, a potem święcone... Popić, zakąsić i gruchnąć się spać. Siedzi sobie człek przy stole; tu kołacze świąteczne, tam znów samowar syczy, a obok coś na rozgrzewkę... Wychylasz kielonek i chwytasz się za podbródek. Odradzasz się... czujesz się człowiekiem. Eeech! Przepadłe życie! O, patrz, jakiś tam rozpiera się w powozie, a ty siedź i snuj myśli...
— Co się komu należy, Iwanie Daniłyczu. Bóg da — i pan się dosłuży, powozem pan będzie jeździć.
— Ja? No nie bracie, kpij sobie z tego. Nie sięgnę wyżej tytularnego, żebym pękł... Nie mam wykształcenia.