Strona:Anton Czechow - Partja winta.djvu/124

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Jermołaj — ale tera czas letni... Bez tegoj nie możno... znaczy się bez baby...
I spojrzawszy na wybałuszone, wściekłe, pełne zdumienia oczy swego chlebodawcy, z miną winowajcy, chrząknął i mówił dalej:
— Wiadomo, że to grzych, a no co robić... Pon kazali nikogo do sadyby nie wpuszczać, to je rychtyg, ale po sprawiedliwości, skąd swoje brać, kiej ich nimo? Pierwij, kiej jeszcze była Jagna, nie wpuszczołem cudzych, bo swojo była, a tera jaśnie pon sami widzom... bez cudzych nijako.. I przy Jagnie, prawdę powiedzieć, nieporządku nie było, dlatego, że...
— Poszedł precz, chamie! — ryknął na stróża Migujew, tupiąc nogami — i wszedł z powrotem do mieszkania.
Anna Filipowna, zdumiona i rozgniewana, siedziała na poprzedniem miejscu i nie spuszczała zapłakanych oczu z dziecka...
— No no... — bąknął blady Migujew, uśmiechając się kwaśno. — Zażartowałem sobie... To — nie moje, a... a... praczki, Aksynji. Ja... ja zażartowałem... Odnieś je stróżowi.