Strona:Anton Czechow - Partja winta.djvu/120

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


dło z zawiniątka — myślał asesor kolegjalny. — Masz ci los: dziękuję! tegom się nie spodziewał! Pod pachą niosę żywego człowieka, niczem tekę. Żywy człowiek z duszą, zmysłami, jak wszyscy inni... Jeżeli, pomimo wszystko, Miełkinowie wezmą je na wychowanie, to bodaj-że może jeszcze z niego wyrosnąć jakiś taki... Może jeszcze zostać profesorem, wodzem, pisarzem... Przecież wszystko bywa na świecie! Teraz niosę go pod pachą, jak jakąś ścierkę, a za jakie 30—40 lat może mi przyjdzie stać przed nim na baczność...
Gdy Migujew przechodził przez wąski, opustoszały zaułek, obok długich płotów, w gęstym cieniu lip, zaczęło mu się nagle zdawać, że popełnia coś okrutnego i zbrodniczego. „A jednak jakie to, w gruncie rzeczy, nikczemne! — pomyślał. — Coś tak nikczemnego, że chyba nic nikczemniejszego wymyśleć niesposób... No i z jakiej racji przerzucamy to nieszczęsne maleństwo z ganku na ganek? Czy ono temu winne, że się urodziło? Szubrawcy z nas... Lubimy siać, a zbierać każemy niewinnym niemowlętom... Wystarczy wniknąć w tę sprawę. Ja siałem rozpustę, a to dzieciątko czeka przecież okrutny los... Podrzucę je Miełkinom, Miełkinowie oddadzą je do domu wychowawczego, a tam sami obcy, wszystko tak biurokratycznie... ani pieszczot, ani miłości, ani zabaw... Oddadzą je później do szewca... rozpije się, nauczy kląć, będzie zdychać z głodu. Do szewca,