Strona:Anton Czechow - Partja winta.djvu/111

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Wasia! — szarpnęła męża. — Bazyli Prokofjicz! Ach, Boże Święty, śpi jak zabity! Obudźże się, Bazyli, błagam!
— M-m-m... — stękał podprokurator, nabierając powietrza i mlaskając ustami.
— Obudź się, na rany Chrystusa! Do kuchni naszej zakradł się złodziej! Stoję przy oknie, patrzę, a tu ktoś włazi do kuchni. Z kuchni dostanie się do stołowego... łyżki w kredensie! Bazyli! Do mieszkania Mawry Jegorowny w zeszłym roku też się zakradli.
— Co... kto... kogo zakradli?
— Chryste Panie, on nie słyszy! Zrozum-że, bałwanie, że przed chwilą widziałam, jak do kuchni naszej właził jakiś człowiek! Pelagja zlęknie się i... i srebro jest w kredensie!
— Bzdury!
— Bazyli! To — nie do zniesienia! Ja ci mówię o niebezpieczeństwie, a ty śpisz i chrapiesz! Czegóż ci jeszcze trzeba? Chcesz, żeby nas okradli i pozarzynali?
Podprokurator podniósł się powoli, usiadł na łóżku i zaczął przeciągle ziewać.
— Co za ludzie, do pioruna! — mruknął. — W nocy człekowi nawet nie dadzą spokoju. O byle głupstwo budzą.
— Ale przysięgam ci, Bazyli, na własne oczy widziałam, jak ktoś właził przez okno!