Strona:Anton Czechow - Partja winta.djvu/107

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


domu. Listu do generała jednak nie napisał. Myślał, zastanawiał się i nic mądrego nie wymyślił. Nie pozostawało mu nic innego, jak pójść nazajutrz osobiście i wytłomaczyć się.
— Ośmieliłem się wczoraj niepokoić waszą eks-ncję — bąknął, gdy generał rzucił na niego pytające spojrzenie — nie dla kpin, jak się ekscen-cja wyrazić raczył. Ja... przepraszałem, że kichając, opryskałem... a kpić nie miałem najmniejszego zamiaru, Bóg mi świadkiem... Jakżebym się odważył... Jeżelibyśmy sobie zaczęli kpić już i z takich osobistości, to w takim razie... żadnego poważania na świecieby... nie było...
— Precz mi stąd!! — ryknął trzęsący się i posiniały z wściekłości generał.
— Że co-o?... — zapytał szeptem oniemiały z przerażenia Czerwiakow.
— Precz stąd, durniu!!! — powtórzył generał, tupiąc nogami.
W Czerwiakowa jakgdyby piorun trzasł. Coś mu się w sobie oberwało. Nic nie widząc i nie słysząc, cofnął się ku drzwiom, wyszedł na ulicę i powlókł się... Wróciwszy automatycznie do domu, nie zdejmując galowego munduru, położył się na otomanie i... umarł.