Strona:Angelo De Gubernatis - Maja.djvu/24

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


„Mnie skarby świata, jemu panowanie”.
Ależ ten żebrak miałby państwem władać?
Dosięgniem tronu stopni! Oto schodzi
Ari mój, starzec blady, drżący cały…

(Ari, żółto odziany, schodzi zwolna z góry i zbliża się do syna.)

Podobny ogniu spalonego drzewa,
Albo światełku lampy, co się nagle
Opiwszy zbytnio oliwy, jaśnieje
I gaśnie – cóż ztąd?

(Ari bliżej.)

Ojcze mój! o Ari!
Dlaczego taki wracasz skłopotany,
Taki pochmurny i cały wzruszony?

ARI.

Rudir! wiesz, z jaką pieczołowitością
Dni twoich strzegłem, jak strasznej przysięgi
Spełnieniu, którąm dać musiał Warunie,
Chytrzem zabiegał…

RUDIR.

Nie ja to przysiągłem!
Jakaż ma wina, dziecięcia być mogła,
Byś okrutniku na zgubę synowi
Przysiągł?

ARI.

Kiedy przysiągłem Warunie
(Co mię ocalił raz z przemocy smoka)
Dać mu, co pierwsze spotka pod mym dachem,
Nie spodziewałem się być twoim ojcem.
Przyrzekłem… lata upływały długie,
Zanim powtórnie zapragnął spełnienia…
Płynęły lata, a ty oczom moim