Strona:Angelo De Gubernatis - Maja.djvu/17

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Ty mię podszedłeś w życiu po raz wtóry!
Teraz to widzę. Gdzie syn twój? gdzie Rudir?”

RUDIR.

Cóż Ari na to?

MAJA.

Waruna grzmiał silniej:
„Ari, tyś przysiągł mi krew twego syna,
O którym znaną ci jest przepowiednia,
Że mojej śmierci stanie się powodem!
Pamiętasz dzień ten?” – „O! nie byłem jeszcze
Ojcem!” – wyjęknął Ari. – „Ha! przemądry! –
Ryczał król w złości – masz wymówki bogów!
Przecz jako głupiec kląłeś się na rzeczy,
Których nie było jeszcze? Gdy się zrodził
On nienawistny Rudir, to ze łzami
Lamentem wyjąc, w serceś mi kołatał,
Bym się zlitował nad dziecinnym wiekiem,
Nad niewinnością, co szkodzić niezdolna...
Później z tem większąś prawił przebiegłością
Kłamstwa rozliczne, ażeś nie wymodlił
Ujrzenia pierwszych dziecięcia uśmiechów;
Potem słów pierwszych łaknąłeś napieścić
Słodką melodyą twe ojcowskie uszy,
Następnie nauk sławiłeś postępy...
Jam czekał ciągle, lecz twa rodzicielska
Miłość się w coraz nowe stroi złudy,
Ty zaś nietylkoś chytrze ostrzegł chłopca,
Aby odemnie stronił, ale nawet
W władaniu bronią Yamy go śmiertelną
Wyćwiczyć śmiałeś, wiem to, pokryjomu...
Wreszcie, niechybny dzień był oznaczony,
Dzień tej ofiary... właśnie dzień dzisiejszy!”