Strona:Andrzej Strug - Dzieje jednego pocisku.djvu/52

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


koło śmiechy. I Kama śmieje się również, chociaż spostrzega, że ta błazeńska scena zaczyna się wiązać w jakiś straszliwy sposób z jej sprawą. Nagle zgaszona została cała zgroza i splugawiona wzniosłość tego, co miało się stać — lada chwila. Od tego błazeństwa trzeba będzie oderwać oczy i z urwanym, pustym śmiechem pójść tam... Dlaczego tak głupio? To niepodobieńswo... Niepodobieństwo... żeby to mogło się stać naprawdę. Wie, że zrobi, co trzeba, rzuci, jak trzeba — ale to nie będzie już to samo. Ona już nie wie. Nic się nie stanie. Coś się nie uda.
Wiara odeszła. Zostało bierne, bezmyślne poddanie się. Ani odrobiny pragnienia, ani odrobiny strachu. Nie — nic z tego nie będzie.
W półmroku widziała obok siebie twarz Leona i ponury blask jego oczu, kiedy oglądała się za siebie, ku wejściu do sali. Myślała tępo: on się jeszcze spodziewa, a tymczasem to jest niepodobieństwem. Skąd wiem? Wiem, nie mylę się...
Po chwili już nic nie wiedziała. W głowie czuła zupełną pustkę. Znikło wszystko, tylko z oddala poprzez mętny zmrok dotykała jej nieubłagana, nieprzerwanie idąca swoim tonem rzeczywistość, liczyła każdą ubiegającą chwilę i oznajmiała spokojnie, że trzeba będzie zacząć chcieć, zacząć działać? Kiedy? Lada moment... Tego już nie rozumiała.
W głowie znowu jękliwe dzwonienie. Lekkość, rzeźkość w całem ciele, które staje się, jak sprawna maszyna. Pcha ją i rozpiera czyjaś obca siła, podnosi ją nad ziemię. W duszy martwy bezwład,