Strona:Andrzej Kijowski - Dziecko przez ptaka przyniesione.djvu/56

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Konie nas zjedzą i furmani — sprzedaj to wszystko póki czas...
— I zakład przestaw na motory...
— Taksówki...
— Szybki transport zwłok...
— Spedycję...
— Albo autobusową linię własną stwórz — komunikację miejską wesprzyj.
— Jaka zasługa!
— I interes.
Ucichli, bo wciąż milczał stary.
— Powiedz coś, ojcze — szepnęła któraś z ciotek starszych, bliźniaczki sięgnęły do rękawów po chustki, które miały w pogotowiu, papierośnice w rękach wujów wydały suchy trzask, ogniki zapalniczek błysły i pierwszy gacek nad głowami rozpoczął nocny rajd.
— Nie zmienię nic, póki żyję — spokojnie odparł szef rodziny.
— Lecz umrzesz kiedyś — palnął jeden z wujów, nad miarę, widać, podniecony.
— Gdy umrę — dziadek głos podniósł i jak bicz nad głowami nam go zwiesił — zakład weźmie ten, kto zachowa wszystko tak, jak było. Gdyby co zmienił, prawo straci.
— Ojciec bredzi! Takiej formuły prawnej nie ma.
— Nie ma formuły? A to będzie! A jeśli nie...
— To co?
Dziadek zarzęził coś chrapliwie, lagę podniósł i jakby z flinty do mnie zmierzył jej końcem gumą osłonionym.
— To on dziedzicem będzie — wnuk!
Cisza zapadła, jakby wszystkim płachtę kto z góry zrzucił na łby. Skromną zrobiłem minę i pomyślałem:
„Ja wam dam.”
A wtedy ciotka — nie wiem która — wydała okrzyk