Strona:Andrzej Kijowski - Dziecko przez ptaka przyniesione.djvu/55

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Bez orszaku — wtrąciła odpowiednia ciotka wspierając wuja.
— Ale czym? — podniósł głos właściciel firmy, która z żałobnej ostentacji czerpała główne swe dochody — tramwajem? Taczką czy hyclowską budą?
— W zarządzeniu o tym nie mówią — trochę strapiony rzekł dyskutant, lecz wtedy drugi z zięciów zabrał głos:
— Przepraszam, nieścisła informacja. Zarządzenie to ogólnej jest natury — tyczy zebrań, pochodów oraz demonstracji, na które trzeba zezwolenia władz. Otóż pogrzeby wyłączone były z zakazu. Tę klauzulę wyjątkową władza dziś znosi, ergo, aby pogrzeb odprawić wedle obyczaju dawnego, z domu żałoby, ulicami, jak dotąd było, konieczne będzie zezwolenie.
— No to co? — warknął dziadek.
— Uważam — odparł pierwszy wuj — że to jest zmiana...
— Istotna — wtrącił drugi.
— Obyczaju — pierwszy rozwinął zręcznie temat.
— Oraz naszej, że się tak wyrażę, roli — drugi postawił kropkę nad i.
— Wszystko się zmieni — wykrzyknęła opozycyjna ciotka pierwsza, wsparta przez drugą.
— Zakład wszelki sens utraci.
A potem wujowie uderzyli frontem:
— Zakład CONCORDIA (konkurencja) kupuje auta pogrzebowe!
— PARADIS za CONCORDIĄ idzie w ślad; już konie sprzedał, karawan pójdzie do lamusa.
— Do ślubów młodzież nie chce karet, autami jeździ elegancki świat.
— Ojcze, pomyśl, i pojmij ducha nowych czasów.
— O przyszłość zadbaj dzieci, wnuków.