Strona:Andrzej Kijowski - Dziecko przez ptaka przyniesione.djvu/42

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Ty? Zwyczajnie — jako każdy z nas. Ktoś cię znalazł i odchuchał, nadał imię, ubrał, no i chodzisz.
— Ale kto? Kto mnie znalazł, a kto rzucił?
— Nie zawracaj, panicz, głowy.
— Powiedz: dziadek jakieś dziecko miał przede mną?
— Może miał, ja tam nie wiem.
— Syna? Córkę?
— Córek to on dosyć ma.
— Więc syna?
— Ja nic nie wiem.
— Ach, więc tak!
— Co?
— Syna miał.
— Może.
— I stracił?
— Skoro miał, a nie ma teraz...
— Uciekł? Zginął? Czy porwany?
— Kto by tam porywał dzieci!
— Więc uciekł?
— Wracaj do zabawek, młody panie. To nieładnie męczyć tak starego.
— Ile lat miał?
— Bo ja wiem... Siedemnasty rok mu szedł, gdy... — Odejdź, dziecko.
— Gdy napisał: żegnajcie, starzy, idę za nim...
— Co? Jak napisał? Gdzie napisał? Skąd to wiesz?
— Wiem — wykrzyknąłem.
— To po co pytasz?
— Żebyś odpowiedział.
Dubiel zwiesił głowę.
— Kasztana najlepszego wziął ze stajni i poszedł za wąsatym wodzem — w bój, jak śpiewano wtedy... W boju padł — i skończona piosnka. Ej, ty Boże mocny — blaszkami końskiej liry brzęknął. — Pan do