Strona:Andrzej Kijowski - Dziecko przez ptaka przyniesione.djvu/26

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Nie — ze wstydem odparł furman. — Zaparły się te czorty wściekłe. Żołnierze trumnę wytaskali...
— A potem?
— Nic, powiadam. Jeszczem nieraz chodził, tak...! I pójdę znów, jak będzie trzeba.
Głową kiwał i zwitkę bibułkową ślinił.
— A dziadek?
— Co dziadek?
— Dostał syna?
— Jakiego syna?
— Przecież prosił?
— Kogo prosił?
— Mówił Dubiel!
— Co mówiłem?
— Że płakał i wygrażał, i babkę zadręczał, aż — i nie skończył Dubiel.
On chichotał i kółka z dymu puszczał.
— Więc, Dubielu? Mów, bo dziadkowi powiem, żeś nakłamał.

Ja rodziców nie miałem; ciotki mnie chowały, dwie bliźniaczki, i dziadek, od lat kilku wdowiec. Kto jest moją mamą, a kto tatą? Dlaczego braci nie mam ani sióstr? Skąd się wziąłem i kiedy na ten świat przyszedłem? Wszystko, co dawne i początkowe, wzbudzało w sercu mym niepokój, szukałem śladów moich własnych, abym mógł wrócić, skąd przybyłem. Zdawało mi się, żem jest więźniem, zakładnikiem może, porwanym dzieckiem. Na górnych piętrach kamienicy pod Panną mieszkały pozostałe ciotki z mężami i gromadą dzieci. Nie wolno mi było z nimi mówić ani bawić się, nawet gdy zbiegały na dół. Wołano wtedy:
— Mały! Do domu! Wracaj zaraz!
Zawsze jedna z bliźniaczek miała mnie na oku.