Strona:Andrzej Kijowski - Dziecko przez ptaka przyniesione.djvu/147

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— E, to przenośnia. Za dużo grafomanów siedzi w departamentach propagandy.
Śmiech gruchnął, ale ucichł, ze względu na żałobę kraju.
Zrobiłem w stronę dziadka krok i lekko połę pociągnąłem.
— Dziadku, do domu czas powracać.
Nie słuchał; na twarz i szyję czerwone plamy wstępowały, jak chmury o zachodzie słońca, wróżące nocną zawieruchę.
— Woziłem — szepnął — od pół wieku na Wawel wędrujące zwłoki, które z obczyzny powracały wśród królów równe miejsce zająć...
Ktoś już do ucha dostojnika szeptał, nazwiska wyliczając tych, których dziadek odwiózł końmi na wieczną chwałę, do podziemi. Minister kiwał grzecznie głową.
— I jego miałem wieźć żywego. — Następny raz pojadę z panem — tak mi powiedział. Swoje rachunki mam... Dajcie zakończyć. Dajcie ten pogrzeb mnie odprawić.
Minister niecierpliwie rzekł:
— Pańskie zasługi uznajemy. Niech pan nie czuje do nas żalu, lecz to jest państwo — nie opera. Czy pan pojmuje?
Dziadek cofnął się, sczerwieniał, kołnierzyk zerwał wraz z krawatem, potem koszulę jął rozpinać, potoczył okiem łzawym wkoło, po strojnym tłumie pań i panów;
— Pojmuję, psiakrew, nie pozwalam — i na biust gipsowy w kwiatach, który w głębi sali stał, biust marsowy z nastroszoną brwią i wąsem jak wiecha, podniósł gniewną pięść.
— Licz się pan... — zakrzyknięto w tłumie. Za-