Strona:Alfons Daudet-Safo.djvu/265

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

nięta, wzburzona — straszną przykrość sprawiły Gaussinowi. „Wysłuchaj mię — rzekł, przemocą sadząc ją obok siebie. — Prawda, żenię Ojciec tego pragnął, wiesz dobrze... ale co ci to może szkodzić, kiedy mam wyjechać?.
Odsunęła się, niechcąc się zrzec gniewu.
— Więc, żeby mi to oznajmić, prowadziłeś mię całą milę przez las?... Powiedziałeś sobie: przynajmniej, jeśli krzyczeć będzie, to nikt nie usłyszy... Nie, widzisz... nie wybuchłam ani razu, nie uroniłam jednej łzy. Trzeba ci wiedzieć zresztą, że cię już mam po uszy, choć ładny z ciibie chłopiec... Możesz sobie jechać. Ja cię pewnością przywoływać nie będę... Umykaj więc na wyspy ze swoją żoną, ze swoją małą, jak mówią u ciebie!... Musi to być osobliwość, ta mała... brzydka pewno jak goryl, albo ciężarna... boś ty taki dureń, jak i ci, co ją dla ciebie wybrali.
Nie hamując się dłużej, wybuchnęła obelgami, bezeceństwy; w końcu mogła już tylko bełkotać: „nikczemny... kłamca...“ — tuż pod nosem kochanka, tonem wyzywającym, jak kiedy kto pięść pokazuje.
Na Jana przyszła teraz kolej słuchać w milczeniu, nie usiłując jej powstrzymać. Wolał,