Przejdź do zawartości

Strona:Alfons Daudet-Safo.djvu/034

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została skorygowana.

wia tylko młodość, roześmiała się, mówiąc: „Ach, ty naiwne niewiniątko!“ i przytuliwszy jego głowę, obiema rękami, do swych kolan, wciągała, wdychała w siebie woń jego oczu, włosów, wszystkiego, jakby bukietu.
 Wieczorem dnia tego, Jan, po raz pierwszy, poszedł nocować do swej kochanki, która męczyła go o to od trzech miesięcy.
 — Powiedz przynajmniej, dla czego nie chcesz?
 — Nie wiem... wstydzę się...
 — Kiedy ci powiadam, żem wolna i sama jedna.
 Zmęczonego wycieczką, udało jej się pociągnąć na ulicę de l’Arcada, tuż koło dworca kolei żelaznej.
 W mieszczańskiem domu, przyzwoitym i ozdobnym, zajmowała ona mieszkanie w antresoli z którego wyszła stara sługa, w czepku chłopskim, z kwaśną miną, żeby im otworzyć drzwi.
 — To Machaume... Dzień dobry, Machaume — rzekła Fanny, rzucając jej się na szyję — Widzisz, to on, to mój ukochany, mój król... przyprowadziłam go... Prędko, rozpal wszystko, żeby tu ładnie było!