Strona:Aleksander Szczęsny - Spadkobierca skarbów ojcowskich.djvu/63

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— No, to muszę, rzekła wdowa, zwrócić obraz panu Rychterowi. A nie wie pan, jakby się można dowiedzieć jego adresu?
— O, to jest prawie niemożliwe! rzekł z dziwnym uśmiechem malarz. Kapitan bowiem zginął w Afryce od kuli jakiegoś dzikusa, nie pozostawiwszy nikogo z rodziny. Obraz więc prawnie do pani należy.
Wdowa słuchała tego wszystkiego, jakby bajki
— Czy ja mogłam się tego spodziewać? mówiła cichym głosem.
— Tak, tak, potwierdził malarz. Zresztą, słusznie się los uśmiechnął do pani.
— Mam do pana prośbę, ciągnęła dalej wdowa z nieśmiałością. Czyby pan nie chciał zająć się sprzedaniem tego obrazu? Pan ma odpowiedne znajomości.
— Ależ z całą przyjemnością, zapewnił malarz.
Po krótkiej jeszcze pogawędce pani Corradi pożegnała się z gospodarzem i wróciła do domu. Gdy opowiedziała córkom całe zdarzenie, te nie chciały wierzyć własnym uszom.
Minęło kilka tygodni, i malarz zawiadomił panią Corradi, że znalazł nabywcę, który dawał osiem tysięcy rubli.
Pani Corradi najchętniej przystała na cenę i wkrótce otrzymała pieniądze. Odtąd życie popłynęło im jakoś szczęśliwiej. Marysia i Ania zaczęły się po dawnemu uczyć, a pra-