Strona:Aleksander Arct - Spiskowcy (1907).djvu/36

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   34   —

na jego knechtów z tyłu i wziąwszy ich w dwa ognie, łatwo pokonamy.
— Zgoda! — odparł Fürst. — Pomysł twój jest znakomity. Żegnajcie więc i na pierwszy okrzyk przybywajcie co żywo.
Rzekszy te słowa, oddalił się szybko z połową towarzyszów, Arnold zaś z Konradem i resztą orszaku zaczęli się przekradać brzegiem jeziora, nie spuszczając z oka łodzi zmierzali do zatoki przy Czarnym parowie. Naraz przystanęli: łódź, zmieniwszy kierunek zaczęła się zbliżać do brzegu.
— Spostrzeżono nas! — szepnął Arnold. — Przypadnijmy do ziemi i czekajmy spotkania.
— Kunz! biegnij wślad za Fürstem i sprowadź go tu czymprędzej — dał rozkaz Konrad jednemu z towarzyszów.
— Naciągnąć łuki i czekać na hasło — zwrócił się do innych...
Tymczasem łódź już dobijała brzegu.
Naraz wyskoczył z niej na brzeg jakiś wysoki mężczyzna, silnie odepchnął nogą łódź od brzegu i skrył się w nadbrzeżnych gąszczach.
W łodzi powstał wielki krzyk, dały się słyszeć dwa wystrzały z samopału.
— Ścigać go! — zawołał Arnold — i nie zważając, czy będzie dostrzeżony z łodzi, pobiegł za uciekającym.
Naraz zatrzymał się i z radosnym okrzykiem: «Wilhelm Tell! — rzucił się w jego objęcia.
— Na Boga! Cud to, że się uratowałeś! — zawołał, nadbiegając Konrad.
— Skąd się tu wzięliście? — spytał ich drżącym głosem Tell.
— Szliśmy ci na pomoc. Lada chwila ujrzysz także Fürsta. Chcieliśmy cię wyrwać z rąk oprawców.