Strona:Adam Mickiewicz - Dziady część III.djvu/52

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Kto z tych gwiazd tajnie przyszłéj drogi twej wyczyta?
       60 Zaszło słońce, wołają astronomy z wieży:
Ale dlaczego zaszło, nikt nie odpowiada;
Ciemności kryją ziemię i lud we śnie leży:
Lecz dlaczego śpią ludzie, żaden z nich nie bada,
Przebudzą się bez czucia, jak bez czucia spali. —
       65 Nie dziwi słońca dziwna lecz codzienna głowa,
Zmienia się blask i ciemność jako straż pułkowa:
Ale gdzież są wodzowie, co jéj rozkazali?

A sen? — Ach, ten świat cichy, głuchy, tajemniczy,
Życie duszy, czyż nie jest warte badań ludzi!
       70 Któż jego miejsce zmierzy, kto jego czas zliczy!
Trwoży się człowiek śpiący, — śmieje się, gdy zbudzi.
Mędrcy mówią, że sen jest tylko przypomnienie —
Mędrcy przeklęci!
Czyż nie umiem rozróżnić marzeń od pamięci?
       75 Chyba mnie wmówią, że moje więzienie
Jest tylko wspomnienie!

Mówią, że senne czucie rozkoszy i kaźni
Jest tylko grą wyobraźni:
Głupi, zaledwie z wieści wyobraźnią znają,
       80 I nam wieszczom o niéj bają!
Bywałem w niej, zmierzyłem lepiéj jéj przestrzenie,
I wiem, że leży za jej granicą — marzenie.
Prędzéj dzień będzie nocą, rozkosz będzie kaźnią,
Niż sen będzie pamięcią, mara wyobraźnią.

Kładnie się i wstaje znowu — idzie do okna.

       85 Nie mogę spocząć: te sny to straszą, to łudzą;
Jak te sny mię trudzą!

Drzémie
duchy nocne

Puch czarny, puch miękki pod głowę podłóżmy;
Śpiewajmy, a cicho: nie trwóżmy, nie trwóżmy