Strona:A. Lange - Elfryda.pdf/64

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


tamentu spraw zewnętrznych — ale bardzo ważna: trzeba przyprowadzić garderobę do porządku.
Siadam do dorożki.
— Hoża, Nr. x. do Szymona.
Szymon — był to dyrektor pośpiesznego zakładu reparacyjnego; w okamgnieniu ci tam poprawiano braki odzieży, czyszczono, myto, prano, szyto, cerowano. Wychodziłeś odświeżony.
Przyjeżdżamy. Mały pokoik dla klijentów, dalej kontuar, a za nim laboratorjum.
— Panie Szymonie! Wściekły pies mnie pokąsał (Szymon się cofnął) i rozdarł mi ubranie. W minutę proszę poprawić...
— Hm! proszę — niech pan tam siada (umieścił mnie za kontuarem) — niech pan z łaski swojej zdejmie „dolne“. Dziękuję. Eins, zwei, drei — będzie gotowe.
Za kontuarem siedziałem, jak w klatce. Szymon zamknął drzwi. Widać, już mnie uważa za wściekłego.
Czekałem, rozmyślając nad sobą. Czy pies był wściekły, czy nie? A nuż to było poprostu jakieś mistyczne avertissement. To czarostwo Klementyny! Za nic się z nią nie ożenię! Obejrzałem pokąsane miejsce: cztery plamy czarno-czerwone.
Dziesięć minut po szóstej! A jeżeli to był pies wściekły, jeżeli wobec Ilki usta mi się zaczną pienić, jak to bywa przy wściekliźnie, jeżeli ją pokąsam i pogryzę — o Boże, jaka przyszłość mnie czeka!
— Panie Szymonie! Prędzej.
Szymon przeze drzwi: