Strona:A. Lange - Elfryda.pdf/60

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Rzecz nieodwołalna: żenię pana z panną Klementyną. Jutro będzie u nas obiad — musi pan być koniecznie...
Omało com nie chwycił rewolweru do ręki.
— Klementyna — obiad — jutro — muszę być.
— Już — już nieprzytomny! Olśniony! Kocha się... Dawno już to przeczuwałam...
— Ja też się domyślałem — basem śmiać się począł pan Jerzy, który obok swej żony wyglądał jak przecinek. — I radzę, żeń się — żeń co prędzej... Klimcia — powiem panu do ucha — ma 15.000 rubli. Ale pan może kochać się bezinteresownie...
— Proszę cię, Jerzy, przestań! Nie rozumiesz zupełnie uczucia. Trywjalnie stawiasz całą kwestję. Cóż pan powie, panie Walery?
— Kiedy ja nie wiem. Ja wcale nie kocham tej panny — nie mam zamiaru się żenić.
— Cóż to znowu? Czemu pan ukrywa swoje uczucia? To nieładnie. Może to niedelikatnie wdzierać się w tajemnice pańskiego serca, ale my tacy panu życzliwi.
— Bardzo życzliwi — podchwycił Jerzy.
— Nie przeszkadzaj, Jerzy.
— My coś wiemy o panu... (Co oni wiedzą? Ilka?) Pan Klimci nieraz dawał do poznania...
— Nigdy w życiu — nie przypominam sobie — zaprzeczam temu (pięć minut po wpół do szóstej).
— Ależ jaki pan dziwnie rozstrojony! Boże, ci zakochani! Przecież my jesteśmy panu życzliwi. Taka żona — to skarb, prawdziwy skarb...